czwartek, 30 czerwca 2016

"FIT" PRZYGODA CZ. II



Zanim przeczytasz tego posta, zapraszam do zajrzenia w poprzedni, gdzie znajduje się wprowadzenie do tej części :)

Kiedy już myślałam, że w głowie mi się przestawiło, że coś trzeba z tym zrobić, że to nie jest normalne, wyglądałam najgorzej ze wszystkich momentów w moim życiu. Nie mam zdjęć z okresu, kiedy ważyłam 38 kg (171 cm), chyba nie muszę mówić dlaczego...


Był grudzień, zbliżały się święta, chrzciny synka mojej siostry.. Byłam chrzestną. Impreza za imprezą, a ja nadal siedząca przy stole i patrząca na pełne talerze.. Ale przecież już miało być okej, nie? Tak właśnie miało być, ale jak widać, nie do końca. To nie jest takie proste. To jest choroba, z której, moim zdaniem, do tej pory się nie wyleczyłam i pewnie szybko nie wyleczę, a może i wcale.

Chyba nie muszę dodawać, które nogi są moje...


Jednak wtedy mniej więcej zaczęło coś się zmieniać. Zaczęłam jeść. Na początku nie tyłam dobrych kilka tygodni, mimo że jadłam naprawdę sporo (tzn. pewnie z 1500-1600 kcal, ale wcześniej oscylowałam około 1000..). Zaczęłam jeść. Jeść dużo. Im więcej jadłam, tym więcej chciałam. Zjadłam pierwszą czekoladę, batona, loda. Chciałam więcej, źle się z tym czułam. Po takiej sytuacji można zobaczyć jak złe jest eliminowanie pewnych rzeczy "na zawsze". Później rzucamy się na to jakbyśmy zobaczyli coś, na co czekaliśmy całe życie i coś, co za chwile może zniknąć, więc musimy najeść się "za zapas"...

Zaczęłam tyć. Przytyłam około 25 kg (od najniższej wagi, czyli 38 kg). Ważyłam około 63 kg. Jadłam wszystko. Dosłownie wszystko. Potrafiłam cały słoik masła orzechowego zjeść w 2 dni, jak nie szybciej. Rzucałam się na jedzenie, jakby ktoś miał mi je zabrać. Jadłam tylko wtedy, jak byłam sama. Kiedy tylko mój chłopak wychodził do pracy, ja szłam do biedronki i wracałam z reklamówką pełną słodyczy i ze łzami cieknącymi po policzku. Byłam z tym totalnie sama. Bo nawet nie chciałam, żeby ktoś się o tym dowiedział. Wracałam do mieszkania, siadałam na balkonie i wszystko znikało w ciągu kilkunastu minut, serio...

Teoretycznie nie wyglądałam źle, ale wyobrażacie co działo się w mojej głowie? Do tego od tego "syfu" jaki w siebie wrzucałam albo od zaburzeń hormonalnych pojawił się trądzik, z którym walczę do dziś. Więc nie dość, że czułam się jak słoń, to do tego pryszczaty słoń. Płakać mi się chce nawet teraz, kiedy o tym myślę. Byłam naprawdę na dnie, mimo tego że nikt tego po mnie pewnie nie widział, ukrywałam się totalnie. Udawałam, że wszystko jest w porządku..

Jeden z momentów kiedy ciągle uważałam że jestem gruba i nawet na wyjeździe miałam ze sobą mate i płyty Chodakowskiej... Codziennie ćwiczyłam z rana, inaczej dzień był do dupy. Uśmiech oczywiście nie schodził mi z twarzy.. Taa...

Czasami, jak już w pewnym momencie miałam dosyć jedzenia to wypluwałam wszystko z buzi... A może chciałam trochę zjeść, a trochę wypluć, żeby przyswoić mniejszą ilość kalorii? Sama nie wiem co ja miałam w głowie. Wiem, niesmaczne... Ale ten post nie ma tytułu "pysznie, zdrowo, kolorowo", bo takie nie jest życie. Życie nie wygląda tak jak na instagramie, niestety.


Chwilę przed studiami, wrzesień. Było mi tak zimno, że musiałam chodzić w takich kapciach... 


W głowie miałam ciągle to, że chciałabym jeść normalnie, jak kiedyś, kiedy nie zwracałam uwagi na to ile jem i co jem. Wiadomo, jadłam i złe i dobre rzeczy, ale wolałam taką sytuację, niż to, co miałam wtedy w głowie. Nie wiem czy ktoś, kto tego nie przeżył zrozumie, o czym mówię.

Obżerałam się tak jakieś 2 miesiące, kiedy w końcu powiedziałam dość. Oczywiście cały czas wklejałam zdjęcia na instagrama moich fit śniadań i wychodziłam na uczelnie. Nie mogłam się doczekać powrotu do domu i wyjęcia słodyczy, nutelli, masła orzechowego i jedzenia przed komputerem. Nie liczyłam kalorii, nie miałam wtedy o tym pojęcia. Później zazwyczaj płakałam, następnie się otrząsnęłam i szłam na siłownię. Nie ćwiczyłam oczywiście siłowo, wtedy jeszcze w głowie miałam, że tylko cardio jest dobre. Więc szłam na bieżnię lub stepper. Po godzinie szłam do domu i jadłam albo dobrze, albo źle. Zależy czy byłam sama w domu, czy nie.

Tutaj jeszcze za czasów wakacji po maturze, cały czas się odchudzałam.
Po 2 miesiącach, kiedy zaczęły się pierwsze wakacje na studiach, musiałam to zakończyć. Nie wytrzymywałam psychicznie. Pojechałam do domu rodzinnego. Zaczęłam się tym wszystkim bardziej "interesować"... W jakimś programie w internecie założyłam sobie konto, gdzie miałam zamiar liczyć kalorie. Znowu obcięłam je do 1600. Myślę, że wtedy było to ok, bo moja aktywność była dosyć niska. Przez wakacje zrzuciłam może 3-4 kg i tak wróciłam do Szczecina i podnosiłam kalorie. Stopniowo oczywiście, aż doszłam do momentu, kiedy jadłam tyle co teraz. I tak ciągnę to już kilka miesięcy.

Cały czas mam w głowie jaka słaba byłam... Pewnej nocy jak wstałam do toalety o 5 nad ranem spadłam ze schodów... Wszystkim wmawiałam, że po prostu długo się uczyłam. Nie wyspałam się. A ja po prostu nie miałam już siły iść... Nie miałam nawet siły trzymać siku, czy tego drugiego... Przepraszam, że piszę o takich rzeczach, ale piszę jak było. Nie miałam siły wejść po schodach, byłam wykończona już z samego rana jak szłam na przystanek. Ale jak mam się dziwić, skoro na śniadanie były te jakieś chrupki błonnikowe (które wyglądają i pachną jak żarcie dla chomika), 2 łyżki jogurtu naturalnego i 1/2 jabłka... Naprawdę nie życzę tego NIKOMU!

Czy zmieniło się coś w mojej głowie od tamtego czasu? Na pewno. Czy jest już wszystko w porządku? Nie. I wydaje mi się, że nigdy nie będzie całkowicie dobrze. Jednak wszystko idzie w dobrą stronę, staram się zaakceptować siebie i to jak wyglądam.

Zobaczcie zdjęcia aktualne i to... chociaż to i tak nie był najgorszy moment. Było gorzej, ale nie mam zdjęć.
Wiem, że post jest dość chaotyczny, ale uwierzcie, że ciężko mi to teraz ogarnąć myślami. Ciężko mi się pisze o takich rzeczach, ale bardzo chcę, żeby coraz więcej osób zaczęło reagować, kiedy znajdzie się w takiej sytuacji lub jego bliscy będą potrzebowali pomocy.

Jeżeli chcecie, żebym jakiś temat jeszcze rozwinęła, to czekam na Wasze propozycje i pytania. A jeżeli nie, to zapraszam już teraz na kolejne, mam nadzieję już bardziej pozytywne posty :)

Ściskam mocno,
Patrycja :)








34 komentarze:

  1. Podziwiam siłę walki w Tobie! Tak trzymaj kochana, dla mnie jesteś ogromną motywacją !!

    OdpowiedzUsuń
  2. jeju ! przeszłam prawie to samo :( od jedzenia śladowych ilości do zjadania czekolad, ciastek jednym tchem. Na szczęscie i Ty i ja mamy to już gdzieś za sobą i mam nadzieję, że kiedyś całkowicie o tym zapomnimy. To co pokazuje instagram, a to co kreuje rzeczywistośc to dwa odrębne światy. Na instagramie nikt nie mówi o tym co złe i przykre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam taką nadzieję, że odejdzie to w niepamięć! Wszystkiego dobrego :*

      Usuń
  3. Jej.. Czytam Twojego kolejnego posta. Obserwuję instagrama od dłuższego czasu. Nieco domyślałam się Twojej historii.Spytasz czemu? Bo przechodzę przez to piekło. W ubiegłym roku:ze stresu i kiepskiej sytuacji psychicznej schudłam 15kg. Chciałam to utrzymać,jadłam niewiele. W ubiegłe wakacje zaczęłam się objadać i przeczyszczać. To trwa już rok. Do dziś... Postanowiłam,że w te wakacje to naprawię. Chcę wziąć przykład z Ciebie,bo jesteś bardzo silna. Pamiętaj zawsze,nawet w najgorszej chwili( wiem,ze te zle mysli wracaja),ze zawsze masz nas-grono obserwatorow,ktorzy Ci kibicuja i podziwiaja. Dziekuje,ze jestes! Julia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za te słowa! Trzymam kciuki, żebyś Ty też dała radę! :*

      Usuń
  4. Niestety doskonale znam twoją sytuacje. Mam 17 lat, 172cm i ważę 46kg...zaczęły się problemy zdrowotne, a mimo tego boje się przytyć. Ograniczałam jedzenie do minimum, aż w końcu przestałam się uśmiechać i zaczęłam wyglądać na chorą. Obecnie mam problemy z odmówieniem słodyczy, mogę nawet powiedzieć, że ciągle myślę o jedzeniu. Wpadłam w poważne problemy psychiczne i nie umiem sobie z nimi poradzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo podobna sytuacja :( U mnie jedzenie bylo obsesją... Ograniczalam je na maxa, ale jednak ciagle o nim myslalam... Zgłoś się o pomoc do bliskich, wiem że to trudne, ale naprawdę warto walczyć! Trzymam kciuki <3

      Usuń
    2. Dziękuję, chciałabym poprosić mamę o pomoc albo jej się chociaż zwierzyć, ale ona ma teraz za dużo problemów i...zostałam z tym sama

      Usuń
  5. Zawsze jak czytam takie historie to jest mi przykro. Ja będąc małą dziewczynką też miałam problem, żeby siebie zaakceptować, ale tak sobie z tym żyłam i w sumie nie wpadłam na taki pomysł, żeby przestać jeść. Chyba za bardzo kocham jedzenie, żeby z niego zrezygnować. Owszem zdarzały się momenty, kiedy potrafiłam przez cały tydzień zjesc może z 700kalorii, ale było to spowodowane bardzo silnym stresem i ściśniętym żołądkiem.
    Niedługo minie mi rok kiedy prowadzę zdrowy tryb życia. Schudłam, moje ciało się poprawiło, ale ja mimo, że widzę efekty dalej nie jestem zadowolona. Dalej uważam, że jestem gruba. Nie przekraczam dziennego założonego przez siebie zapotrzebowania, a jak przekroczę to jestem zła i zaraz oglądam brzuch. Jak pora posiłku mi się przesunie tez jestem zła. To chore. Wiem o tym, staram się z tym walczyć, bo wiem, że nie prowadzi to do niczego dobrego. Prędzej się zajadę psychicznie i kortyzol mi podskoczy niż to wszystko warte.
    Tobię życze wszystkiego co najlepsze, silnej woli walki, domyślam się, że każdy dzień nie jest łatwy. Trzymam kciuki, żeby było tylko lepiej. Buziaki.
    Carewithmarta.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym co napisałaś. Też miałam takie coś, że muszę zjeść o konkretnej godzinie i koniec, inaczej jestem zła na cały świat. To trudne, ale naprawdę przychodzi wielka ulga kiedy już się tym nie przejmujemy. Mogę normalnie wyjść z chłopakiem na spacer i nie przyspieszać tempa, bo "spóźnię się na posiłek"...

      Usuń
  6. Ja mam bardzo podobnie. Do szkoły zawsze biorę zdrowe jedzenie, zawsze w praktycznych pojemnikach. Zakupy z chłopakiem na tydzień- wszystko zdrowo. Obiady jak najbardziej zdrowe. Kolacji nie jem, ale to akurat że względu na to, że nie lubię jej jeść. A jak jestem sama w domu to tabliczka czekolady + pełna miska lodów + jakiś batkonik to standard. Pełne obżarstwo. Czasem wymioty z poczucia winy, czasem obejdzie się bez nich i jest tylko płacz. No i oczywiście zero wysiłku fizycznego. Zwykle kończy się on na drugim dniu. Bo wymówki zawsze mam dobre. Poczucie bezradności towarzyszy mi codziennie. Nie mam pomysłu jak do siebie przemówić. Mam takie dni, kiedy wręcz biję nienawiścią do swojego ciała, a przy tym do samej siebie. Mam nadzieję że posty pojawiać się będą regularnie. Kibicuję Tobie i blogowi. Pozdrowienia ze Szczecina :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo przykre, że to wszystko zabrnęło tak daleko... Coraz więcej dziewczyn ma takie problemy :/ Mam nadzieję, że i Ty sobie poradzisz! A może gdybyś jadła kolacje, nawet się trochę zmuszała, to nie miała byś napadów wilczego głodu na słodycze? Często kiedy jemy w ciągu dnia/kilku dni zbyt mało, to w końcu organizm domaga się na pierwszym miejscu cukru... :(

      Buziaki!

      Usuń
  7. Jestem pod ogromnym wrażeniem Twojej szczerości :) Wyobrażam sobie, ile musiał Cię kosztować powrót do nsjgorszego okresu w życiu. Czyta się bardzo przyjemnie, choć temat jest zdecydowanie ważny i przerażający.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje za mily komentarz :)
      To fakt - bardzo przykre jest wspomnanie tego wszystkiego. Jednak mam nadzieję, że chociaż jednej osobie da do myślenia i być może chociaż w najmniejszym stopniu uświadomi, że "fajna" sylwetka nie jest tego wszystkiego warta.

      Usuń
  8. Podziwiam Cię za szczerość, za to, że doszłaś do takiego momentu w swoim życiu,że jesteś w stanie na swoim przykładzie, pomimo wielu lat trudu, łez i bólu pokazać innym jak akceptować siebie, jak walczyć o siebie samą. Życzę Ci żebyś nigdy nie zobaczyła z tej drogi, a w razie upadku, żebyś zawsze upadała i jeszcze jedno...
    Dziękuję.
    Ps.Miałabym pytanie,czy podczas tej całej drogi miałaś jakieś zaburzenia cyklu miesiączkowego? Jeśli tak, to czy udawalas się do lekarza? Jest to konieczne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje <3
      Tak, do tej pory mam z tym problem. Niestety w moim przypadku nie obyło się bez lekarza :(

      Usuń
  9. Przepraszam... * a w razie upadku żebyś zawsze powstawała- to jest jasne!!!

    OdpowiedzUsuń
  10. Sama miałam podobną sytuację, na prawdę WIECZNE odchudzanie i olewanie przez to rodziny i przyjaciół....Nikomu nie życzę takiej sytuacji. Dlatego tak ważna jest edukacja dziewcząt w tym kierunku!! Prawdziwy post, gratulacje za odwagę na takie wyznanie :) Masz rację, ten kto nie przeżył takiego piekła (na swoje szczęście!) nie zrozumie jakie bolesne to wszystko może być. Jesteś bardzo silna i wytrwała! Tak trzymaj i bądź sobą :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje! Powinno sie o tym trabic na prawo i lewo!
      Bardzo dziekuje za komentarz <3

      Usuń
  11. Japierdole.. Myślałam ze tylko ja mam taki haos w głowie. Szczęka mi opadła czytając to. Moja najniższa waga to 49kg/168cm, nie tak zle. Od maja przytyłam 4kg. Może i nie dużo ale buduje miesnie bo przez moje głupie odchudzanie wszystkie je spaliłam. W głowie mam to samo co opisujesz. Szczerze to zgubiłam się w życiu i nie wiem co dalej ze sobą robić. Niby wiem w jakim kierunku ide, ale nie wychodzi mi to. Nie umiem zaakceptować siebie, bo dążę do perfekcji. Na cholerę komu perfekcja? Serio? Życie jest za krótkie zeby być na ciągłym deficycie. Kiedy mam chwile słabości powtarzam sobie to jak mamtrę. Nie mogę sie głodzić bo się zniszczę. Jedzenie jest po to aby dać mi siłę i zregenerować ciało. Najbardziej przeraża mnie tkanka tłuszczowa, bo wiem ze prędzej czy pózniej przykryje mnie w jakimś stopniu. Dziękuje, że dzielisz sie takim czymś, ze opisałaś to co działo sie w twojej głowie. Wspierajmy sie wszystkie razem :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Cześć kochana,wczoraj trafiłam na twojego bloga,czytałam do późna,a potem długo nie mogłam zasnąć...płakać mi się chciało.Wiedziałam,że przeszłaś przez piekło, ale nie przypuszczałam że było aż tak tragicznie. Pamiętam jak kiedyś rozmawiałyśmy i płakałysmy(chyba w tym twoim najgorszym momencie)żałuję strasznie,że nie potrafiłam Ci pomóc,ale najważniejsze że dałaś radę z tego wyjść.Jesteś mega silną babką,cudnie teraz wyglądasz :-* i cudne są te twoje posiłki. Pozdrawiam Cię z całego serca,kocham Cię i całuję...ciocia J.

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytając Twoją historię czułam, jakbym po części czytała własną. Nie będę się tu o tym rozpisywać, jak teraz widzę ile osób przechodziło przez to samo, to jestem przerażona. Przecież to jest straszne, dlaczego tak się dzieje? Ja sama do dzisiaj mam problemy, nie wyleczyłam się z tego do końca. Jestem z tym sama. I tak samo jak ty czuję, że to się nigdy nie skończy.
    cathelaine.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Jej... Przeczytałam ten i poprzedni post ze łzami w oczach.
    Jesteś niesamowicie dzielna. Straszne jest to, że w dobie internetu promującego sześciopaki i zero tłuszczu, i wszechogarniającej mody na bycie "fit", młode osoby popadają w tak rażące skrajności. Dlaczego media dyktują kanony piękna? Okropne też jest to, że tak wielu ludzi uzależnia własne poczucie wartości od tego, czy zje, czy nie zje czekolady. Przykro patrzeć na to, ale cieszę się, że mówisz głośno o tym, co wiele osób ukrywa sądząc, że nie otrzymają pomocy, bo nikt ich nie zrozumie... Trzymaj się, Piękna :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa!
      Zgadzam się, to co się dzieje... to straszne :(
      Pozdrawiam! :*

      Usuń
  15. najgorsze jest to że jestem w podobnej sytuacji... przy czym ja cały czas tyję. zawsze byłam ładną dziewczyną, ludzie przynajmniej tak mowili. ale zawsze miałam swoje kompleksy. jestem dośc wysoka wiec to już czyni mnie DUŻĄ, oprócz tego od kiedy wyprowadziłam się na studia do innego miasta, odżywiam się okropnie. cierpie na kompulsywne objadanie się.. próbowałam nawet korzystać z pomocy psychologa i nic nie pomaga.... nie wiem czy jestem w stanie to opanować. kiedys regularnie uprawiałam sport, teraz "nie mam na to czasu" i jestem juz tak zalamana ze tylko się smucę i JEM... czyli koło się zamyka... wiadomo że żeby coś zmienić trzeba działać, oczywiście wiem o tym. ale nie jestem w stanie nic zrobic... dramat

    OdpowiedzUsuń
  16. Jesteś wspaniałą dziewczyną :) Uwielbiam czytać Twojego bloga i z niecierpliwością czekam na każdy kolejny wpis.Trzymam za Ciebie kciuki :) Pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło! Dziękuję! <3

      Usuń
    2. Bardzo mi miło! Dziękuję! <3

      Usuń
  17. Takie tematy powinny być na stronach głównych wszystkich portali , a szczególnie twój blog, wiele osób powinno go przeczytać i zrozumieć pewne rzeczy! Mam takie problemy jak ty miałaś ( trochę mniejsze) ale jestem tego świadoma i radzę sobie z tym. Postanowiłam , że założę bloga i tam będę wszystko opisywać , ale nie umiem opowiadać wszystkiego punkt tak jak ty , zawsze jakiś element pominę , ponieważ się wstydzę , ale twój post dodał mi motywacji i następne moje posty na blogu , będą bardziej szczersze !!!! Dziękuję Ci bardzo , bardzo, bardzo :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo i życzę powodzenia w blogowaniu! :)

      Usuń
  18. powtórzę to co napisano w prawie każdym poprzednim komentarzu: przeszłam to samo; odchudzanie, głodówki, potem objadanie lodami i słodkim. Innym mówiłam, że przecież jem, nie widzisz? Cały litr lodów zjadłam! taaaa... lodów, przecież to taki wartościowy posiłek. Przez długi czas nie miałam życia. Spotkania rodzinne, czy ze znajomymi? Nie ma opcji! A co jak będą chcieli iść do McDonald's? Przecież umrę jak zjem frytki! Teraz zmieniło się to i jestem z tego powodu ogromnie szczęśliwa! Cieszę się, gdy zbliżają się urodziny babci, czy gdy wiem, że mam luźniejszy czas w szkole i będę mogła spotykać się ze znajomymi. Mam również chłopaka, który wie o mojej chorobie i motywuje mnie do działania. Nie mówię tu o czymś w stylu "no zjedz, przecież dobrze ci to zrobi". Motywacja u niego, to pytanie, czy mam ochotę na naleśniki o 21 wieczorem, nieśmiałość oczekiwania na moją odpowiedź i duma w oczach, gdy odpowiadam "chyba byłabym głupia, gdybym odpuściła danie popisowe mojego mistrza".
    Czasem chciałabym podziękować mojej mamie za wszystko, bo to ona zareagowała i dzięki niej teraz prowadzę w miarę normalne życie, ale nie mam pojęcia w jaki sposób mogę pokazać, jak bardzo jestem jej wdzięczna. Nie życzę nawet największemu wrogowi choćby dnia z myślami takimi jak w najgorszym okresie mojego życia. Mogę jedynie powiedzieć, że ktoś kto nie przeżył chociaż w drobnym stopniu tego co Ty, ludzie czytający bloga i ja, nie jest w stanie prawdziwie docenić smaku Tortilli na spontanicznym wyjściu po szkle ze znajomymi ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Cześć Patka! Przeczytałam oba wpisy i muszę powiedzieć, że jesteś super dzielna i fajnie, że wychodzisz na prostą! Dobrze, że podzieliłaś się swoją historią z innymi, ku przestrodze. Trzymaj się ciepło! pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  20. Hej :) Obserwuje Cię już dosyć długo na instagramie, bloga zaczełam czytać jakos od 2 miesiecy. Szukałam tego posta dosyć długo, wkońcu znalazłam. I trudno mi się przyznać, ale przechodziłam... i chyba nadal przechodzę taką samą drogę, którą tutaj opisałaś. Aktualnie jestem już na dobrej drodze, wszystko dzięki mojemu chłopakowi który mnie wspiera.
    U mnie zaczęło się to wszystko, gdy szłam do 2 gimnazjum - w wakacje, ale wtedy jadłam jeszcze normalnie (w sensie wszystko, tylko zmniejszylam ilosci). Potem przechodziłam półroczną głodówkę - schudłam z 69 kg do 59 kg. Było to strasznie widać, ponieważ jestem wysoka 182 cm. Później odkryłam Ewę, która w sumie zapoczątkowała we mnie zdrowe podejscie do tego wszystkiego, pomogła mi po woli z tego wyjśc. I od tamtego momentu czyli w sumie już 5 lat toczy się moja walka z samym sobą. Trudne jest to do opisania. Także borykałam się z brakiem miesiączki i nadal mam trochę przez to problemów.
    Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń

Instagram @FIT_PATKA